Jak tu…?


Cześć!

Pod ostatnim wpisem pojawiło się kilka ciekawych komentarzy. Dziękuję za bardzo miłe słowa, za wsparcie. Piszę dla siebie, ale i też dla Was. Bo przecież publiczne pisanie bez czytelników nie bardzo ma sens.

Ania pyta czy nie przeraża mnie to, że każdego dnia będę musiała tak walczyć. 

Przeraża mnie jak jasna cholera. Jak tu sobie radzić? Staram się myśleć o depresji w taki sam sposób, jak o cukrzycy. Muszę mierzyć cukier, zmieniać wkłucia od pompy, liczyć węglowodany. Każdego dnia muszę myśleć o cukrzycy. Nie ma taryfy ulgowej. Chciałabym wyjechać na wakacje i zostawić cukrzycę, i depresje w domu, chociaż na tydzień. Miałam dwie opcje: albo zacznę o siebie dbać, albo będę się męczyć. To nie jest tak, że cukrzycę zaakceptowałam. Staram sie o tym za bardzo nie myśleć. Tak już jest i jest to część mojego życia. Codzienna poranna motywacja – traktuję to jak jogę dla umysłu. Nie zawsze mam ochotę ćwiczyć. Jednego dnia jest łatwiej, potem przez cały tydzień, to jakaś masakra. Czuję strach przed tym co przyniesie dzień. Kiedyś ten strach więził mnie w domu. Teraz stawiam mu czoła. Okazało się tysiące razy, że ten strach siedział w mojej głowie, a rzeczywistość okazywała się zdecydowanie łagodniejsza, wręcz pozytywnie zaskakująca. Jeszcze raz odpowiadając na pytanie czy się boję. Tak, bardzo, ale wolę walczyć, niż poddać się. Tym bardziej poddać się bez walki.

n pisze tak: (fragment komentarza) Przez ten cały czas, kiedy Cię tu nie było zastanawiałam się jaki jest tego powód. Jeśli mam być szczera, to trochę się bałam. Ale gdzieś w środku była nadzieja, że może po prostu układasz sobie życie i przyjdzie czas, kiedy nas poinformujesz o zmianach jakie u Ciebie zaszły.

Dopiero teraz uświadomiałam sobie jak moje nie pisanie mogło wyglądać. Wiele razy pisałam Wam o moich myślach samobójczych. Więc mógł nastać ten moment. Na szczęście, to się nie udało. Nazwijmy to po imieniu. Śmierć się nie udała. Dziwacznie to brzmi. Czy nadal mam z tym problem? Nie myślę już, nie mam siły, pójdę i się zabiję. Nie patrzę na każdy pociąg, czy autobus jako obiekt, pod który mogę wskoczyć. Nawet gdy jestem bardzo zmęczona, zła. Nie wiem jak to się skończyło. Nie umiem tego wyjaśnić. Tak jak nie potrafię wyjaśnić dlaczego każdego dnia myślałam o samobójstwie. Być może to jest trochę tak, że dojrzałam. Patrzę na wiele sprawe z innej perspektywy. Wyciszylam się. Jestem spokojna. Skupiam się na pracy, na tym by dawać z siebie 100%. Tyle ile trzeba, nie 210%, nie spalać się. Koncentruję się na życiu z mężem, na Muffy. Zależy mi na tym aby cała nasza trójka była szczęśliwa. Myślę, że miejsce, gdzie obecnie mieszkamy nie jest bez znaczenia. Staram się czerpać radość z małych rzeczy. Na przykład Muffy wczoraj mnie bardzo zaskoczyła. Od zawsze nie znosiła wody, a wczoraj chciała żebym rzucała jej patyka do rzeki (na częście nurt był bardzo słaby), a ona go łowiła! Szok! Moja Muffy?? Była taka dumna z siebie i szczęśliwa. I jak tu ja mam się nie cieszyć? :-)

Pozdrawiam!

P.20170321_113717

Advertisements

3 responses to “Jak tu…?

  1. Hej to ja pisalam o tym ”przerazeniu kazdym dniem” choruje na nerwice lękową z atakami paniki ktore zamykaja mnie w domu, nie pracuje, nie wiem co dalej robic… boje się przyszlosci nie iwem jakie decyzję podjąć ciągle tylko lęk…ludzie nawet nie zdają sobie sprawy jakie zycie moze byc trudne… ty masz chociaz wspierającego meza… a u mnie kazdy aspekt zycia lezy. zdrowie praca zwiazek. juz chyba niczego nie wyprostuje… a za Ciebie trzymam kciuki zeby Ci sie chciało chciec.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s